^To Top
   

   

Wiem! Wiem, że tekst „psy były od zawsze w moim życiu” pojawia się na każdej stronie hodowli. I, że początkiem jest raczej marnym. Ot wyświechtany frazes, ale… jak inaczej zacząć moją historię jak nie od tych słów? Bo przecież faktycznie towarzyszyły, mnie i mojej rodzinie, nieustannie, od dnia moich narodzin. Mój pierwszy piesek był kundelkiem. Miał na imię Kubuś. Gdy do nas dołączył miałam 3 lata, gdy nas opuścił miałam 21 lat. Witał mnie gdy wróciłam z pierwszego dnia szkoły, był ze mną gdy płakałam z powodu pierwszej zawiedzonej miłości, w jego sierść wsiąkały też łzy gdy zginął mój tata, leżał przy moich nogach gdy uczyłam się do matury. Był zawsze a gdy go zabrakło, coś się skończyło. Odszedł w kwietniu tuż po stopnieniu śniegu, który tak uwielbiał. Na zawsze pozostanie w moi sercu ta ostatnia zima, gdy hasał prawie jak szczeniak po mięciutkim śniegu i kopał w zaspach. W pamięci pozostanie mi też ta jego ukochana różowa piłeczka, którą ukradł psom znajomych gdy byliśmy kiedyś u nich w odwiedzinach. To był wspaniały pies: mądry, wierny i cierpliwy. Długo uważałam, że już takich „nie produkują”. Teraz wiem, że to nie prawda, że każdy pies jest wyjątkowy i każdy ma nam do zaproponowania co innego. Każdy ma swoje nauki dla swojego człowieka.

Kolejnym psem ważnym w moim życiu jest Tyson. Ważny bo mimo iż jest psem mojego męża to ja nad nim pracowałam, ja uczyłam go radzić sobie z problemami behawioralnymi i lękami. Tyson jest odratowany z podtopionego miotu. Miał zaledwie 5 tygodni gdy musiał się zmierzyć z życiem bez mamy i rodzeństwa. Był ciężkim przypadkiem z lękiem separacyjnym, lękiem przed nieznanymi ludźmi, zwierzętami, który przerodził się w agresję. Oddałabym wszystko by mu tego oszczędzić ale praca z nim nauczyła mnie wiele. To właśnie chcąc ulżyć i jemu i nam samym sięgnęłam po książki o pozytywnym szkoleniu, psiej psychice i języku psów. Dzięki niemu pojęłam wiedzę, która dopełnia mnie jako kynologa i jako przyjaciela psa. Nie przypisuję sobie jednak całego sukcesu jakim było wyprowadzenie go na prostą, ogromną rolę miała w nim również nasza słodka Casi.

Nigdy nie ukrywałam przed moim mężem, że zawsze marzyłam o collie. Nie trudno odgadnąć, że fascynacja tą rasą rozpoczęła się od ksiązki i serii filmów, o suczce tej rasy, zatytułowanego „Lessi, wróć!”. Mój własny, wymarzony collie rough był jego prezentem dla mnie, z okazji naszego ślubu. Casi (CASABLANKA Szkockie Wrzosowisko) była pierwszym rodowodowym psem w moim życiu. To w właśnie z nią chciałam rozpocząć zabawę na wystawach psów. No ale uszki stanęły i zaczęły się problemy z sercem. Casi jest oczkiem w głowie każdego członka naszej rodziny. Kochana, posłuszna i delikatna. Z uwielbieniem traktuje swoje zabawki. Jest troskliwa wobec wszystkich i wszystkich kocha tak bezgraniczną miłością, że potrafi wzruszyć człowieka do łez.

Podobnie jak Przemek, jestem niezmordowanym piechurem, różnica między nami polega na tym, że Przemek może chodzić nawet sam a ja… nie wyobrażam sobie spaceru bez psa. Chodzenie bez psa jest dla mnie przyjemnością niepełną. Czuję się niewygodnie, jakbym chodziła w jednym bucie. Kiedy Casi zachorowała, trzeba było ograniczyć spacery. A ponieważ zawsze marzyłam o domu pełnym psów zapadła decyzja o zakupie kolejnego psa. Długo zastanawiałam się jakiej powinien być rasy i z jakiej hodowli. Mieliśmy nawet zamówionego owczarka szkockiego z cudownego skojarzenia na Słowacji ale ponieważ urodził się tylko jeden piesek, a mnie zależało na suni zrezygnowaliśmy. Na jednej z wystaw moją uwagę przykuł piękny pies, kudłaty, biały z biszkoptowymi znaczeniami. Był nie do opisanie wręcz, majestatyczny. Stałam przy ringu i chłonęłam jego piękno. Do teraz pamiętam oburzenie gdy okazało się, że piesek ten przegrał.

Czytałam, dowiadywałam się co kryje się pod tym cudownym wyglądem, jakim psem jest samojed, czy piesek tej rasy byłby dobrym uzupełnieniem naszej psio-ludzkiej rodzinki. Zdecydowaliśmy się na sunię z hodowli Lumikello. Do wyboru mieliśmy trzy słodkie dziewczynki. Oglądając zdjęcia przesłane przez hodowczynię wahałam się między dwoma z nich: sunią z fioletową wstążeczką i tą z pomarańczową. I pewnie na nią bym się zdecydowała gdybyśmy nie pojechali odwiedzić szczeniaczków w hodowli. Usiadłam na ziemi wśród tego puchatego szcześcia. Obskoczyły mnie 4 szczeniaki: dwaj chłopcy i dwie dziewczynki, domagając się pieszczot. Były cudowne ale szczególnie cudowna była jedna suczka. Wtedy mówiłam na nią „poszukiwaczka skarbów”, co chwilę odbiegała i przynosiła mi pokazywać różne „cuda” a to zabawkę, a to folijkę od galaretek którymi poczęstowała nas Eliza. Była urocza, nie czekaliśmy więc dłużej, zapłaciliśmy zaliczkę i odliczaliśmy dni do odbioru. Od początku zapowiedziałam Elizie, że chciałabym pobawić się na wystawach dlatego w czasie oczekiwań na wyjazd do nowego domu Andromeda odbywała niezbędne lekcje pozycji wystawowej. Musze przyznać, że hodowczyni odwaliła kawał dobrej roboty gdyby nie ta praca wystawy nie byłby tak wspaniałym przeżyciem.

Planowałam dać mojej suni szkockie imię Una, co znaczy biała fala ale także jagnię. Czytałam bardzo wiele o łagodności samojedów dlatego uważałam, że będzie to dobre imię dla małej. Już w kilka dni po pojawieniu się suni w naszym domu, zrozumiałam jak bardzo się pomyliłam. Dziewczynka, którą zapamiętałam jako słodziutką okazała się temperamenta, królewska i wymagająca… oraz rozdarta. Szczekała bo chciała jeść, szczekała bo zjadła, szczekała bo ktoś zjadł jedzenie, którego sama nie chciała jeść, szczekała bo chciała by się nią ktoś zajął (a trzeba się było zajmować nią cały czas), szczekała bo zabawka wpadła pod wersalkę, szczekała bo Tyson uciekł od jej szczekania na parapet… ogólnie wyszystko co robiła, robiła z otwartą jadaczką :) Były momenty kiedy myślałam, że tego nie wytrzymam nerwowo. Mała rozpieszczona księżniczka… waleczna księzniczka dostała imię Achaja.

Ale niedługo wszystko się zmieniło… nadszedł ten smutny okres mojego życia. Straciłam dwie ciąże i gdyby nie Achaja… chyba bym się nie podźwignęła. Kiedy wróciłam ze szpitala to właśnie Achaja patrzyła na mnie ze zrozumieniem, nie odstępowała mnie nawet na krok. Nadal wymagała maksimum mojej uwagi i chyba to mnie uratowało. Zajęłyśmy się szkoleniem do wystaw i zaryzykowałyśmy pierwsze zgłoszenia. To mi wtedy pomogło i stworzyło najwspanialszą przyjaźń w moim życiu. Przyjaźń między mną a Achają. Jesteśmy nierozłączne: razem spacerujemy, robimy prace w ogrodzie, dzielimy pasje np. wystawy, gdy tylko mogę zabieram ją ze sobą na uczelnię, której ma swoje grono fanów wśród wykładowców i studentów. Achaja bierze serce każdej osoby, którą spotyka siłą.

Już od kilku lat słyszę, że powinnam się zająć hodowlą… wspiera mnie rodzina i przyjaciele. Ja sama długo wzbraniałam się przed założeniem hodowli. Teraz sama nie wiem dlaczego. Może dlatego, że nie zawsze popierałam zachowania niektórych hodowców a może dlatego, że z gruntu boją się, że pewność siebie przemieni się w arogancję. Może bałam się powiedzieć „Wiem. Znam ten gatunek. Znam tą rasę. Chcę uczynić dla niej coś dobrego”. A może bałam się, że nic z tego nie wyjdzie?

Samoyedy to wspaniałe psy i wokół siebie zrzeszają wspaniałych ludzi. To zaszczyt mienić się „Hodowcą psów rasy samojed”.


Urszula Szymkowiak

 

 

Nasze psy, oraz szczenięta w naszej hodowli, karmione są karmami marki Carnilove. A jak Carnilove to tylko u Śledzi!

 

O zdrowie i witalność Givemepawków dba POKUSA! Znajdziecie u nich pelen asortyment dodatków żywieniowych dla zwierząt domowych, w każdym momencie życia.